Nie rozmawiaj z potworami.


Piątek, 4.czerwca.2010, 17:26
Komentarze (0), Dodaj.
Oto przed wami drugie opowiadanie inspirowane moim dziwnym snem. Mam nadzieję, że będzie się wam podobało, kochani czytelnicy (o ile tacy są). <3


Błogą ciszę wrześniowego popołudnia przerywały jedynie uderzenia wiatru o okienne szyby. Złociste liście leniwie spadały z drzew, żeby zaraz zostać porwane przez jesienny wiaterek. Wbrew wszelkim prognozom pogody, dzień zapowiadał się na ciepły i przyjemny. Tymczasem w domku przy ulicy Rainveil, jednym z tych przeuroczych o staroświeckim wyglądzie – białych ścianach, z wykończeniami z ciemnobrązowego drewna i dachem z czerwonej dachówki – dziewczynka z radosnym okrzykiem wybiegła na werandę. Kaskady złotych loczków opływały jej szczuplutkie nagie ramiona, które zaraz nakryła dłońmi. Kiedy poczuła na skórze zimny dotyk jesiennego wiatru, doszła do wniosku, iż wcale nie jest tak słonecznie jak wyglądało przez okno i sukienka na ramiączka nie jest najlepszym ubraniem na tę pogodę. Cofnęła się o kilka kroków i zdjęła z wieszaka wełniany płaszcz w kolorze mlecznej czekolady. Owinęła się nim i z uśmiechem rozsiadła na werandzie, wystawiając twarz ku słońcu. Promyki delikatnie muskały jej bladą skórę, a wiatr rozwiewał lśniące gęste włosy. Uszu dziewczynki dobiegł znajomy dźwięk kroków na skrzypiącej drewnianej podłodze przedpokoju. Zaraz z drzwi wyłoniła się smukła kobieca postać o cerze jeszcze bledszej niż u złotowłosej, kasztanowych włosach niedbale upiętych w kok i poplamionym słodko pachnącą substancją fartuchu.
- Czego chcesz? – burknęła dziewczynka z oburzeniem, nawet nie odwracając się twarzą do kobiety. – Zasłaniasz mi słoneczko.
Zbolały wyraz oczu kobiety ustąpił miejsca iskrom irytacji.
- Och! Niech jaśnie panna wybaczy! – wysyczała z niesmakiem kobieta, łapiąc dziewczynkę za ramię i brutalnie podnosząc z werandy.
- Hey! To boli! – krzyknęła złotowłosa, wyrywając się z uścisku. – Co z ciebie za matka?!
Kobieta walczyła chwilę ze sobą, próbując ze wszystkich sił powstrzymać się od uderzenia córki w twarz. Wzięła głęboki wdech i zaczęła:
- Chcę, żebyś poszła do sklepu i kupiła mi kilka rzeczy. – powiedziała opanowanym tonem, wręczając dziewczynce karteczkę.
Złotowłosa ujęła ją w palce z niezwykłą odrazą i wyrachowaniem, czytając kolejne pozycje z listy przechylała głowę na prawą stronę z miną wyrażającą jej oburzenie i niesmak. Nie miała najmniejszego zamiaru przerywać popołudniowego odpoczynku, żeby kupować matce jakieś niesmaczne rzeczy, które potem będzie musiała skonsumować.
Kobieta zmierzyła dziewczynkę wzrokiem. Miała na sobie tylko płaszcz i cienką sukienkę na ramiączka, przez którą swoją drogą, prześwitywały jej majtki. Nie, tak na pewno nie pozwoli jej wyjść z domu, a jak sądziła, dziewczynka zrobiłaby wszystko, żeby tylko ona wyszła na najgorszą matkę na świecie. Nawet jeśli miało to oznaczać paradowanie półnago po mieście.
- Tylko najpierw się przebierz. – dodała szybko.
Dziewczynka spojrzała na nią spode łba, po czym burcząc brzydkie słowa pod nosem udała się do swojego pokoju, żeby zmienić ubranie.
Złotowłosa zaczęła wyjmować ubrania z szafy i rozrzucać po całym pokoju, w poszukiwaniu czegoś, w czym mogłaby wyjść do ludzi. W końcu udało jej się wygrzebać karminową sukienkę przed kolana, którą uszyła jej babcia z błyszczącego materiału. Miała nawet pasek z różą do kompletu. Zrzuciła swoje ubranie na podłogę i zaczęła ubierać znalezioną sukienkę, kiedy usłyszała schrypnięty krzyk swojej matki:
- Elyse! Jak długo zamierzasz się jeszcze ubierać?!
Dziewczynka zaklęła pod nosem.
- Tak długo, jak mi się podoba. – stwierdziła na głos, upewniając się, że mama jej nie usłyszy.
Nie miała ochoty znów dostać lania.
Wyciągnęła z szafki pończoszki i brązowe lakierki, które idealnie pasowały do jej czekoladowego płaszczyka. Odwróciła się na pięcie w stronę lustra stojącego na toaletce i przeczesała włosy ręką. Posłała promienny uśmiech swojemu odbiciu i wybiegła z pokoju. Przy drzwiach powitało ją zabójcze spojrzenie brązowych oczu matki. Elyse skuliła się nieco, szykując się, że zaraz zostanie uderzona, ale ku jej zdziwieniu, kobieta wcale nie uniosła ręki. Jedynie spytała:
- Masz listę?
- Taa. – odparła Elyse, wkładając rękę do kieszeni płaszcza i sprawdzając czt karteczka wciąż tam jest.
Była.
- Tylko nie rozmawiaj z nieznajomymi! – krzyknęła do wychodzącej córki w nagłym przypływie matczynej troski.
Elyse nie zareagowała, gdyż i tak nie miała zamiaru jej słuchać. Bo niby po co?
Dziewczynka w te pędy wybiegła przez furtkę i zniknęła w dole alei, zostawiając matkę sam na sam z troskami na domowej werandzie.
Kiedy Elyse zbliżała się do bardziej zaludnionej części miasta, zwolniła kroku. W Tetteri mieszkała właściwie od urodzenia, więc doskonale znała całe miasto i okolice. Czego jednak nie mogła powiedzieć o jego mieszkańcach. O ile złotowłosa dziewczynka znała jak własną kieszeń każdy zakamarek miasteczka, tak znajomych mieszkańców mogła policzyć na palcach jednej ręki. Oczywiście, winą za brak znajomości obarczała swoją matkę, którą uważała za „aspołeczną dziwaczkę”. Nie raz już za to określenie dostała od niej w skórę.
Każda możliwość wyrwania się z towarzystwa znienawidzonej matki była dla Elyse niczym wyprawa do całkiem innego świata. Świata, w którym mogła robić różne niesamowite rzeczy i który był pełen niezwykłych rozrywek. Wodziła wzrokiem dookoła. Obok niej przejechała ciągnięta przez śnieżnobiałego konia dorożka, z której to dobiegały śmiechy pary młodych kobiet ubranych w eleganckie suknie. Elyse mogła tylko o takiej pomarzyć. Jej matka nie lubiła zwracać na siebie uwagi, a takie stroje z całą pewnością ją przykuwały. Nawet o tę karminową od babci była zła; prawie ją wyrzuciła. Przez „chore urojenia” swojej rodzicielki, biedna dziewczynka nie mogła mieć normalnych przyjaciół ani pięknie się ubierać. Chociaż nawet w starym wełnianym płaszczu wyglądała przeuroczo i każdy przechodzień choć na sekundę obdarzał ją spojrzeniem mówiącym „Jaka piękna dziewczynka!”. Matkę Elyse zawsze doprowadzało to do szaleństwa. Między innymi dlatego prawie nigdy z nią nie wychodziła.
Dziewczynka przystanęła obok sklepu z odzieżą i wlepiła spojrzenie wielkich szarych oczu w wystawę. Cicho wzdychając trzepotała firanką długich czarnych rzęs, patrząc na stroje, w których nigdy nie będzie jej dane się pokazać. W końcu sięgnęła do kieszeni płaszcza i namacała listę zakupów. Przyjrzała jej się dokładnie.
- mleko
- 2 bułki
- 2 paczki herbaty
- 5 pomidorów
- 4 marchewki
- bochenek chleba

W pamięci przywołała mapę miasta. Najbliżej miała piekarnię, a ulicę dalej warzywniak, w którym pracowała bardzo miła staruszka, która zawsze nazywała ją Lizą.
Zapuszczając się w miasto coraz głębiej, Elyse stwierdziła, że widuje na ulicach coraz mniej ludzi. Okna były pozamykane, zasłony zasłonięte. Zupełnie jak na starych westernach, kiedy to do miasta przyjeżdżają bandyci. No, ale skąd w Tetteri bandyci? Może po prostu wszyscy odpoczywają. Pomyślała Elyse i ruszyła dalej. Wpatrując się w karteczkę jak zahipnotyzowana, nie zwróciła uwagi, że zanim dotarła do piekarni ulice opustoszały już zupełnie. Było słychać jedynie wiatr i… muzykę. Gdy uszu dziewczynki dobiegły dźwięki orkiestry, natychmiast podniosła głowę i poczęła się rozglądać.
- Parada..? – zapytała sama siebie. - Pewnie dlatego jest tak pusto! Wszyscy poszli oglądać paradę!
Jej twarz momentalnie się rozpromieniła. Zaczęła biec przed siebie, a z każdym krokiem dźwięki muzyki stawały się coraz głośniejsze. Muzyka, którą słyszała dziewczynka przypominała bardziej melodie do tańca niżeli orkiestrę na paradzie, ale ją niewiele to obchodziło. Liczył się tylko fakt, że zobaczy coś niezwykłego.
Podśpiewując wesoło, niby w takt muzyki biegła przed siebie. Kiedy wreszcie dobiegła do źródła tajemniczych dźwięków, stanęła jak wryta. Na środku ulicy znajdowała się sporych rozmiarów scena, w dodatku wyglądająca jak zrobiona ze srebra. Po jej bokach ustawiała się orkiestra ubrana w długie czarne płaszcze. Zaś na podeście tańcowali ludzie poprzebierani w barwne stroje. Każdy z maską na twarzy. I to nie taką zwykłą maską, bo każda z nich imitowała wygląd innego upiora. Były strzygi, czarownice, szkielety, zombie, wilkołaki, smoki, diabły, demony, przerażające imitacje zwierzęcych pysków i wiele wiele innych straszliwych kreatur. Elyse zasłoniła usta rękoma, w obawie, że zaraz zacznie krzyczeć i tym samym zwróci na siebie uwagę towarzystwa. Miała ochotę uciec w te pędy, ale jak wytłumaczy się matce? Jeśli jej powie, że nie zrobiła zakupów, bo przebierańcy tańczyli w środku miasta to chyba będzie musiała spać na wycieraczce. Wzięła głęboki wdech i podeszła bliżej. Chciała znaleźć jakieś małe przejście, którym zdołałaby się prześlizgnąć do piekarni znajdującej się tuż za sceną. Niestety, takowego nie było. Jedynym wyjściem było przejście przez scenę.
- Boję się… - wymamrotała ze łzami w oczach.
Na oślep, wbiegła na scenę. Próbowała przemykać między ludźmi, ale wciąż ktoś ją potrącał i po niecałej minucie, zupełnie straciła orientację. Nie wiedziała skąd przyszła, ani gdzie jest drugi koniec sceny, do którego tak chciała trafić. Maski tancerzy z każdą sekundą budziły w niej coraz większą grozę. Tym bardziej, że zdawało jej się, iż wszyscy się na nią patrzą, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Upiorniejsze niż jej najgorsze dotychczasowe koszmary. Nagle stwierdziła, że woli zostać wyrzucona na bruk niż spędzić chociażby minutę dłużej na koszmarnej scenie. Zaczęła przepychać się do, jak jej się zdawało, wyjścia. Zaraz jednak została brutalnie odepchnięta przez wirującą w tańcu parę i upadła na posadzkę, gdzie o mało co nie została rozdeptana przez damę w masce potwornego kota. Po policzku Elyse popłynęła stróżka ciepłych łez. Bała się. I to bardzo. A jak zwykle, była całkiem sama, zdana tylko na siebie. Właśnie teraz czuła się bardziej samotna niż kiedykolwiek, chociaż tak naprawdę nigdy nikogo nie miała. Zawsze była sama.
Poczuła czyjś dotyk na ramieniu. Z trudem odwróciła się, gdyż paraliżował ją strach. Jej oczom ukazała się ubrana w zdobioną beżową suknię piękna kobieta o wyjątkowo przyjacielskim uśmiechu. Nie miała maski. Jej postać otaczała aura płomiennorudych włosów, a jej dłoń na ramieniu Elyse była zimna niczym wyrzeźbiona z lodu.
- Nie płacz. – powiedziała ciepło.
Choć nieznajoma wydawała się być niczym anioł zesłany by wyciągnąć ją z wszechogarniającego piekła srebrnej sceny, Elyse czuła, jakoby wpadła w jeszcze straszliwszą pułapkę. Pięknej kobiety bała się bardziej niż tancerzy w upiornych maskach. Nie wiedzieć czemu, w jej głowie rozbrzmiały słowa matki: ”Nie rozmawiaj z nieznajomymi!” Mimo to, wzięła nieznajomą za rękę i pozwoliła sprowadzić się bezpiecznie ze sceny.
- Jak masz na imię? – spytała kobieta.
Elyse zawahała się. Ale cóż złego mogło się stać, jeśli powie jej jak ma na imię? Skoro przez rozkazy swojej matki tyle razy cierpiała, to czemu miałaby posłuchać jej teraz?
- Elyse… - wymamrotała.
- Ślicznie... Już wszystko dobrze, Elyse?
- T-tak. Już dobrze. – powtórzyła dziewczynka.
Na twarzy kobiety pojawił się uśmieszek, który spokojnie można było określić mianem ‘szatańskiego’.
- Ale tak dla pewności, może lepiej odprowadzę cię do domu. Nie wyglądasz najlepiej, a przecież nie chcemy, żebyś zemdlała gdzieś na ulicy. – powiedziała z troską w głosie.
- Tylko, że… - Elyse spuściła głowę, chcąc za wszelką cenę uniknąć wzroku nieznajomej. – Obiecałam mamie zrobić zakupy. Będzie zła jak wrócę z pustymi rękami.
- To jej wszystko wytłumaczymy…
Dziewczynkę przeszedł nagły dreszcz. Jeśli jej matka zobaczy ją z nieznajomą, dowie się, że Elyse jej nie posłuchała i dostanie okropne lanie.
- Nie! Bo ja miałam nie rozmawiać z nieznajomymi! Mama będzie bardzo zła! Proszę, niech pani nie robi sobie kłopotu. – wykrzyknęła ze zdenerwowaniem.
Kobieta spojrzała na nią pobłażliwie i położyła jej rękę na głowie.
- Nie bój się. Odprowadzę cię tylko kawałek, a potem zniknę. Dobrze? – zaproponowała z uśmiechem.
- No… No dobra. – odparła Elyse i nie wiedzieć czemu, spłonęła rumieńcem.
Przez całą drogę unikała wzroku kobiety, która tymczasem złapała ją za rękę, żeby mieć pewność, iż „jak zemdleje to zdąży ją złapać”. Elyse przeszło przez myśl dziwne pytanie – dlaczego ona jako jedyna nie miała maski? Chciała je zadać, ale już dochodziły do skrzyżowania na ulicę Rainveil.
- Więc to tutaj? Poradzisz sobie sama? Nie zemdlejesz przed samymi drzwiami? – zaśmiała się płomiennowłosa.
- Nie, nie zemdleję. – odparła speszona Elyse.
Odważyła się spojrzeć na kobietę. Wyglądała dokładnie tak, jak chciałaby wyglądać dziewczynka. Piękna, dorosła, choć miała w sobie coś z dziecka. No i ten piękny strój…
- Wiesz, Elyse…
- Tak?
- Twoja mama miała rację. Szkoda, że jej nie posłuchałaś. Nie powinno się rozmawiać z potworami.
- Chyba z nieznajomymi. – poprawiła dziewczynka.
- Nie… - odparła kobieta i wybuchnęła śmiechem.
Potem dziewczynka mogła już tylko patrzeć jak urocze bolerko nieznajomej zamienia się w potężne błoniaste skrzydła, a jej piękna dziewczęca twarz wykrzywia się w potworną nietoperzą maskę. Tylko, że to wcale nie była maska. Dziewczynka nie była w stanie wydusić słowa. Para paciorkowych, czarnych jak smoła oczu wpatrywała się w nią z pewną morderczą fascynacją. Zaraz potem nietoperz rozpostarł skrzydła i otworzył szeroko pysk, ukazując dwa długie kły, które miał zamiar zatopić w miękkim ciele Elyse. Dziewczynka zacisnęła powieki. Sparaliżowana strachem nie mogła uciekać ani nawet wydać z siebie żadnego dźwięku. Czuła, jak przewraca się na ziemię pod ciężarem potwornego cielska. A potem… Potem nie było już nic. Tylko żal, że tym razem nie posłuchała maminej przestrogi.


Menu


Strona Główna
Księga Gości
O Baragoku
Spis Opowiadan
Profil Autorki